Informacje

Recenzje wystaw i spektakli

Kobieta i kolor niebieski

„V” to emocjonalna opowieść o walce z własnymi demonami i konfrontacji z przeszłością. Bohaterka wędruje poprzez okruchy wspomnień. Zmaga się z lękiem, który odczuwamy wszyscy – lękiem przed samotnością. Jest to jednak przede wszystkim historia o miłości i akceptacji siebie.

Solowy spektakl Moniki Wachowicz płynnie wykorzystuje kilka form wyrazu. To udany mariaż teatru ciała, emocji i tańca. Jest to opowieść uniwersalna, bo doświadczane emocje mogą dotyczyć każdego. Postać wykreowana przez autorkę jest zagubiona w konfrontacji ze swoim życiem. Nie potrafiąc znaleźć ukojenia wybiera się w podróż po zakamarkach swojej duszy, próbując poradzić sobie z samotnością – uczuciem, które bywa pomocne.

Scenografia jest bardzo ograniczona – przy czym podkreśla najważniejszy element, czyli przestrzeń, w której funkcjonuje bohaterka. Światło ma tu ogromne znaczenie zarówno wizualne, jak i symboliczne. Cień rzucany na ścianę przez kobietę towarzyszy jej niemal w całym spektaklu, zwraca się do niego, a on staje się jej partnerem. Dominującą barwą przedstawienia jest kolor niebieski, podświadomie kojarzący się z bezmiarem powietrznej przestrzeni, ale także ze smutkiem. Odłamki modrej, szklanej tafli zamknięte są w dwóch białych pudełkach po butach – jako pamiątki z przeszłości, fragmenty wspomnień. Dwie półprzejrzyste zasłony wprowadzają intymną atmosferę. Bohaterka odgradza się nimi od publiczności i świata zewnętrznego. Niebieska jest również sukienka, którą ma na sobie kobieta. Błękitna odzież jest symbolem kontemplacji i wiary. Tę wiarę obserwujemy w trakcie przedstawienia. Jest to wiara w swoją jednostkowość, którą bohaterka nabywa wraz z rozwojem akcji.

Ruch ciała – od zagubienia, przez pełen rozpaczy i pasji taniec, aż po zmysłową wolność oraz ukojenie – ilustruje podróż bohaterki. Kobieta stara się ułożyć ze swoich wspomnień (odłamki niebieskiego szkła) życie, a następnie skonfrontować się z nim. Miota się, szukając swego jedynego towarzysza – własnego cienia, który jest ulotny i nieuchwytny. Jej późniejsza samotność i poczucie straty są dojmujące. Wraz z rozwojem spektaklu, kobieta demonstruje widzom jak ważna jest miłość do własnej osoby. W ostatniej, przejmującej scenie, przy akompaniamencie „Casta Diva” w wykonaniu Marii Callas, widzimy bohaterkę szczęśliwą i pełną akceptacji dla własnego ciała oraz emocji.

Dużym plusem jest „przejrzystość”, jednoznaczność spektaklu, która nie jest zjawiskiem powszechnym w sztukach performatywnych. Autorka prowadzi bardzo czytelną narrację, co ułatwia widzom odbiór. Każdy ruch starannie ilustruje historię, którą zdecydowała się opowiedzieć. Kobieta w niebieskiej sukience porusza publiczność swoim desperackim poszukiwaniem szczęścia.. Chwyta się urywków wspomnień dających złudne poczucie bezpieczeństwa, miłości. Ale czy szczęście to bycie kochaną? Artystka zdaje się odpowiadać na to pytanie twierdząco, choć w zawoalowany sposób. Bohaterka wydaje się spełniona, bo odnalazła siebie i pokochała, ze wszystkimi wadami i słabościami. Bo najważniejsza jest miłość – nawet jeśli wyraża się ona poprzez samoakceptację, a kolor niebieski czasem oznacza spokój.

23. Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A part w Katowicach. 10.06.17
Anna Zakrzewska

Wieczór poetycki ,,Ciało”

Intymność zapośredniczona – recenzja projektu „Ciało. Performens poetycki”

Gdyby spróbować  opisać performans sióstr Wachowicz   za pomocą jednego mianownika, byłoby nim słowo „intymność”. I nie chodzi tu o nagość, która jest bardzo powszechna w sztukach performatywnych, czy też o osobiste zwierzenia kobiety, będące treścią tego spektaklu. Intymność ujawnia się tu poprzez konsekwentnie prowadzoną, spójną formę przedstawienia, odwołującą się do bolesnej przeszłości miłosnych doświadczeń bohaterki. Performerki stawiają na atmosferę, w którą wprowadzają widza tak, by przede wszystkim czuł się swobodnie i niemal jak w domu. Cała akcja performansu  zdaje się natomiast  toczyć w głowie bohaterki.

Publiczność przybyła na spektakl, spotyka  się we wnętrzu budynku Teatru A Part, którego foyer stanowi przytulny salon z wygodnymi kanapami. Niczym wzorowa gospodyni krząta się tam już jedna z sióstr Wachowicz, podając gościom herbatę, częstując wodą i doglądając, by wszyscy czuli się dobrze. Gdy widz zostaje już poniekąd oswojony z przestrzenią i atmosferą wydarzenia, prowadzony jest do wnętrza, które okazuje się dopiero przedsionkiem sceny. Jest to korytarz wypełniony od podłogi do sufitu białymi kartkami z zapisem poezji. Porozrzucane myśli o ciele, miłości, stracie i samotności okazują się symbolicznym prologiem nadchodzącego spotkania z performerką, której szepty można usłyszeć z pokoju obok.

Znamienne dla performansu jest jednoczesne wykazywanie sporej otwartości wobec widzów oraz utrzymywanie dystansu do własnych opowieści.  To właśnie zdystasnowanie aktorki zdradza tu lęk przed przeszłością i wspomnieniami, które  raz przywołane nie sposób wyrzucić z głowy. Scena, choć ascetyczna, wypełniona jest elementami przeniesionymi z czasu przeszłego; są to stos kartek z poezją, sterty listów, kilka starych fotografii. Tancerka poruszała się pomiędzy nimi z pewną rezerwą, która okazuje się na tyle duża, że kontakt z artefaktami przeszłości staje się możliwy jedynie dzięki zapośredniczeniu. By dotknąć fotografii, dłonie aktorki muszą  zostać najpierw wyposażone w gumowe rękawiczki. Pedantycznie poukładane na podłodze listy znajdują się w foliowych koszulkach, a czytane są  za pośrednictwem mikrofonu. Swój świat-pokój kobieta obserwuje początkowo przez obiektyw aparatu fotograficznego. Jej ruch po scenie jest niepewny, co przypomina początek jej jedynego w spektaklu tańca,  tak samo ostrożnego i nieśmiałego.

Taniec składa się z delikatnych ruchów, w których aktorka zdaje się poznawać na nowo swoje ciało. Przypomina sobie jak działają ręce, nogi; jak może iść, a jak powinna skoczyć – obserwujemy proces trudny, lecz pełen determinacji. Ruch z założenia nie jest estetycznie dopracowany i efektowny – przypomina samotny taniec w domu, wykonywany, gdy nikt nas nie widzi i nie trzeba się niczego wstydzić. Niestety, decyzją artystek ten  intymny moment zostaje przerwany na rzecz najsłabszego zabiegu w całym performansie – rozdania widzom kieliszków wina. Ów metateatralny zabieg świadczy o chęci zachowania bliskości z widzem, lecz nie wnosi nic wartościowego do treści, czy formy przedstawienia. Scenicznej historii brakuje więc zamknięcia, łagodnego wyjścia z terenu osobistych doświadczeń i przeżyć aktorki.

Daria Sobik | taniecPOLSKA.pl | 2016
15.09.2016, 22 Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A part w Katowicach.

Projekt „DNA”

Intymność w soczystym kolorze pomidora
Festiwale, na których prezentowane są spektakle autorskie, niezależne i alternatywne, cechują zwykle dwie rzeczy. Po pierwsze niewielka liczba publiczności, która zarazem złożona jest z osób zainteresowanych poznaniem innego oblicza sztuki. Po drugie – przedstawienia stanowią ożywcze spojrzenie na tematy poruszane przez grupy teatralne. Nie inaczej było w trakcie przedstawienia Grupy KoME, prezentowanego w ramach festiwalu organizowanego przez A PART.
Od pierwszej chwili spektakl zaskakuje wizualnie. Większość wykorzystanych w przedstawieniu przedmiotów utrzymana została w czerwonej kolorystyce. Jako równie zaskakujący, i intrygujący zarazem, jawi się ułożony na podłodze półokrąg z pomidorów. W moim odczytaniu układ ten odnosi się do greckiej orchestry, w obrębie której występował śpiewający i tańczący chór. Jednak aktorki przekraczają jego „linię”, a w obrębie półokręgu występują również solo.
Przedstawienie posiada elementy, które kojarzą się z rytuałem i rytualnością. Kobiety, zanim przejdą do opowiadania historii, kręcą się wokół własnej osi. Co prawda nie obracają się na tyle szybko, aby wprowadzić się w trans, niemniej jednak w ich dalszej grze pojawiają się pierwiastki irracjonalnego, „szalonego” działania. Wspomniana rytualność obecna jest zwłaszcza w kontekście pierwszej historii. Performerka myje swoje stopy, oczyszcza je, po czym przechodzi po rozłożonych na chuście pomidorach – przypomina to ofiarę poświęconą przodkom. Kiedy położy się na scenie, pozostałe wykonawczynie zbliżą się do niej, a następnie zliżą z jej stóp resztki pomidorów. W ich pieszczeniu ciała partnerki gry naprzemiennie występuje uwielbienie i agresywność, zupełnie jak gdyby towarzyszyły im antagonistyczne uczucia wyrażane względem „tajemniczej bogini”. Stały element w przedstawieniu stanowi czytanie listów. Wykonawczynie wygłaszając fragmenty korespondencji do matek, poruszają kwestie, które w bezpośrednich rozmowach zostały przemilczenie. Z tych niezwykle intymnych momentów wyłaniają się problemy dotyczące kobiecości, odkrywania samej siebie, uzyskania wolności, jak również problem wstydu i miłości.

Jako klucz do interpretacji spektaklu posłużyć może tytuł przedstawienia, czyli odwołanie do kodu „programującego” kolejne pokolenia. DNA decyduje o cechach dziedziczonych, o pewnych uwarunkowaniach determinujących nasze życie. Niemniej jednak w spektaklu pytanie: „kim jestem?” ma dwojaki wydźwięk. Obok kontekstu dotyczącego tożsamości biologicznej (pytanie o to, kto jest ojcem), pojawia się aspekt kulturowy i społeczny. W głównej mierze przedstawienie odnosi się do naszej tożsamości przekazywanej przez wychowanie i obcowanie z rodziną.
W widowisku jednym z rekwizytów jest duża waliza. Przedmiot ten bywa kojarzony z bagażem doświadczeń i historii, które możemy gromadzić sami, lub które przejmujemy od naszych krewnych. Bohaterki, mówiąc o wyzwalaniu się, dotykają kwestii ponownych (auto)narodzin i autokreacji.
„DNA” to przedstawienie w toku. Oznacza to, że spektakl wciąż może być przekształcany, a autorki oczekują na sugestie widzów. Spektakl, który łączy poetykę teatru intymnego oraz teatru ruchu, posiada również znamiona performance’u. Aktorki wchodząc w relacje z publicznością, prowokują ją do reakcji i współdziałania. Widz przestaje być tylko beznamiętnym obserwatorem, a staje się współuczestniczącym w wyznaniach bohaterek. Poszczególnych części spektaklu nie można przewidzieć. Alinearność i fragmentaryczność zaskakują widza, podobnie jak momenty ciszy i bezruchu. Z kolei metateatralność i fragmenty „improwizowania” wprowadzają widza z dialog dotykający istoty teatru.
Niemniej jednak wielość obrazów niekoniecznie składa się na całościową jedność spektaklu. Ponadto część spośród fragmentów przedstawienia mogłaby posłużyć jako inspiracja dla kolejnej inscenizacji (scena z maskami). Tym, co wyróżnia spektakl Grupy KoME jest przede wszystkim świeże spojrzenie na intymne relacje pomiędzy kobietami. Takiego podejścia do tematu wręcz nie sposób doświadczyć w teatrze repertuarowym.
Magdalena Czerny
Teatralia Śląsk
22 czerwca 2009